Strona główna » Sensei Mirosław Pawliński
blog

Sensei Mirosław Pawliński

Od lewej: senpai Wojciech Modzelewski i sensei Mirosław Pawliński. Brodnica 2017 r.
Sensei Mirosław Pawliński w minionym tygodniu obchodził swoje kolejne urodziny. Jednak nie o wiek tutaj chodzi, a o lata poświęcone tematowi Karate-dō Tsunami. Dokładnie w tym roku mija bowiem 30 lat prowadzenia zajęć szkoleniowych i 37 od kiedy trenuje Karate-dō.

Doświadczenie, nieustająca chęć doskonalenia się i jak często sam mówi, poszukiwanie wiedzy. Aktualnie prezes Związku Sportowego Polska Federacja Karate-dō Tsunami. Przedstawiamy Wam fragmenty rozmowy, jaką redakcja czasopisma SHODAN przeprowadziła z sensei Mirosławem Pawlińskim. Być może zainteresuje Was… także ten tekst.

Pamiętasz swoje pierwsze treningi?

To było dla mnie prawdziwe wyzwanie. Praktycznie na temat Karate wtedy nie wiele wiedziano. Karate było spowite nutką tajemniczości. Kiedy przychodziłem na treningi miałem po prostu stracha, że nie dam rady. Moja „kultura fizyczna” ograniczała się jedynie do jazdy na rowerze. Oczywiście lekcje WF nie były takie, jak teraz. Inne czasy, inna szkoła. Pamiętam, że na każdym treningu robiliśmy dziesiątki seiken (pompek). A same zajęcia prowadzili koledzy, którzy posiadali wyższe stopnie. Czasami o jeden, czasami o dwa stopnie.

Sensei MIrosław Pawliński – 1985 r. Boisko SP nr 3 w Płońsku

Co urzekło Cię w Karate wtedy i czy dzisiaj jest tak samo?

Moje pobudki związane z rozpoczęciem treningów z tamtych czasów, a dzisiaj to dwa absolutnie różne światy. Wtedy chciałem nauczyć się samoobrony. Zawsze obrywałem. Tak było. Później, po może trzech latach moja sprawność była zupełnie inna.

Już nie byłem tym najsłabszym. Dzisiaj, kiedy wspominam tamte czasy, zdaję sobie sprawę z tego ile mnie pracy kosztowało poznanie Karate.

Odpowiadając na Twoje pytanie. W Karate urzekło mnie jedno… możliwość realizowania pasji do końca życia. Bez względu na to, w jakim momencie swojego życia byłem, czy jestem. Pozostało to do dzisiaj. Choć minęło wiele lat, to podstawa tej „miłości” jest dokładnie taka sama. Może zakres, obszar jest teraz nieco większy.

Co masz na myśli?

Przez te wszystkie lata byłem głównie samoukiem. To pozwoliło mi na zupełnie inne patrzenie na Karate, na środowisko, na instruktorów, na ich wiedzę i umiejętności. Ale także bardzo realnie na poziom, który sam reprezentuję. I nie mam wątpliwości, że w temacie Karate wiem i umiem tyle ile wiem i umiem. Cały czas się uczę.

Nie przesadzasz?

Widzisz, trzeba znać swoje miejsce w dōjō. I ja je znam. Nie mam z tym żadnych problemów. Wiem, gdzie mam stanąć, kiedy są ceremonie. Wiem, co znaczy wziąć szczotkę i mopa, i umyć podłogę. Zwłaszcza, kiedy jestem jednym z uczestników ćwiczeń.

 

Co oznaczało dla Ciebie zrealizowanie Związku Sportowego?

Ten projekt dopiero powoli powstaje. Jego najłatwiejszą częścią było zrealizowanie rejestracji. Oczywiście na to wszystko trzeba było czasu (śmiech). Blisko 20 lat. Bo Związek powstał od pomysłu i wyszkolenia pierwszego instruktora… do dzisiaj. W tym czasie trzeba było sprawdzić, jak funkcjonują możliwości finansowania Związku, jak wyglądają przepisy dotyczące instruktorów i trenerów itd. Wiele niezwykle trudnych obszarów. Bez przyjaciół i ich pomocy i wsparcia, wiele z tych tematów nie byłoby do dzisiaj  zrealizowanych.

Nadal bez sportu?

Ruch fizyczny można nazwać ogólnie “sportem”. Ale pytasz zapewne o Karate sportowe. Związek jest organizacją powstałą na bazie naszych doświadczeń. Żaden z nas – instruktorów – nie był w swojej karierze związany z odmianą sportową. Mimo, że próbowaliśmy w swoim czasie trenować taką odmianę (przynajmniej niektórzy z nas). Nie mniej nikt nie powiedział, że tutaj takiej grupy nie będzie. Po prostu, jeżeli ma powstać grupa zajmująca się Karate sportowym, to musi być przygotowana cała baza.

Sprzęt, miejsce do ćwiczeń, kadra i mam na myśli nie tylko szkoleniowców ale także dietetyka, masażysty, psychologa oraz grupa osób, która będzie dokładnie wyselekcjonowana do kadry reprezentującej nasz Związek itd. To trudny temat i ogromne wyzwanie. Wyraźnie mówimy o powstaniu grupy profesjonalnej, a nie takiej która tylko „bawi się” w Karate sportowe.

Myślisz, że jest to temat dla Karate-dō Tsunami?

Sensei Mirosław Pawliński 1 dan

Jasne, że tak. Tylko tyle, że Karate sportowe ma być przygodą, a nie celem samym w sobie. Popatrz na nasze życie jak na czas, np. godzinę. 60 minut to nasze życie, w którym poświęciliśmy „tyle czasu” na trening Karate-dō. Tymczasem na Karate sportowe… wystarczy sekunda. W dodatku, w dowolnym czasie tej jednej godziny.

Dla jednych sekunda (przytoczona) będzie w realnym świecie trwała dni, tygodnie czy miesiące. Dla innych lata. Jednak Karate-dō jest obecne przez cały ten czas. Nie wiem, czy ten przykład przemawia do Ciebie, ale jest to dosyć ciekawe porównanie…

Najważniejsze dla Ciebie?

Przede wszystkim rodzina. To dzięki niej mam chęci i zapał do dzisiaj na realizację pasji.

Rozmawiał Zbigniew Kociński.

W całym materiale mowa jest między innymi o historii Karate-dō Tsunami, wyzwaniach dla instruktorów i ćwiczących, istocie treningu Karate, różnicy jaka istnieje pomiędzy Karate a Karate-dō itd.

dodaj komentarz...

kliknij tutaj, aby dodać komentarz

Subskrybuj Nasz Biuletyn